Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 lipca 2013

Trupa Trupa - ++ (2013)


Gitarą i piórem

TRUPA TRUPA "++"
(wydawnictwo niezależne, 2013)
OCENA: 8/10




 
Jeśli interesujecie się współczesną polską literaturą, powinno być wam znane nazwisko Grzegorza Kwiatkowskiego. Niespełna trzydziestoletni poeta z Gdańska zdobył już sporą renomę w literackim światku, ale najwyraźniej nie wyczerpuje to jego artystycznej ambicji i stara się realizować także w innych dziedzinach sztuki. Podobnie jak słynny kolega po fachu, Marcin Świetlicki, postawił na muzykę rockową. I muszę przyznać, że (moim skromnym zdaniem - w przeciwieństwie do Świetlika) przed mikrofonem i z gitarą w rękach radzi sobie równie dobrze, jak z piórem.
Kwiatkowski wraz ze swoim zespołem Trupa Trupa zaprezentował właśnie drugi studyjny album, który wydaje się on być doskonałą pozycją dla amatorów mrocznego, dość zakręconego, ale i klimatycznego alternatywnego rocka. W dynamicznych momentach pobrzmiewa amerykańska alternatywa ze szkoły Steve’a Albiniego – coś z Big Black, ale i z wczesnego Pixies można usłyszeć w otwierającym całość i hate. see you again to garażowe rąbanie w duchu Stoogesów. Nieco garażowo brzmi też dei, w którym słychać te bardziej rockowe propozycje Nicka Cave’a. Zaskakuje spacerockowy miracle, który nie tylko muzycznie, ale i brzmieniowo przypomina najlepsze momenty Hawkwind. I to właściwie tyle, jeśli chodzi o czadowe kawałki. Trupa Trupa są przede wszystkim mistrzami nastroju. Fani post-rocka (powiedzmy, że z okolic Slint) będą urzeczeni – zachwyca klimatyczne plumkanie i dźwiękowy minimalizm, jak na przykład w influence. Ale pod względem aranżacyjnym nie zawsze hołdują zasadzie less is more – strzałem w dziesiątkę jest zaproszenie dwóch speców od dęciaków. Legenda yassu Mikołaj Trzaska smakowicie ubarwił swoją saksofonową improwizacją dei, natomiast trębacz Tomasz Ziętek (były członek Pink Freud, znany ze współpracy m.in. ze Strachami Na Lachy) nadał klimatu i hate i over.
Jak widzicie – wszystko pięknie. A jednak album ma jeden poważny mankament, wytykany chyba we wszystkich recenzjach płyt zespołu. Jeden z najbardziej utalentowanych polskich poetów postawił w tekstach na angielski. Nie wątpię, że grupa ma szansę na dostrzeżenie na scenie międzynarodowej, niemniej jednak szkoda, że fani polskiej muzyki alternatywnej (którzy niekoniecznie muszą być grupą tożsamą z konsumentami współczesnej literatury) tracą szansę zapoznania się ze świetną liryką lidera. Bo tak na dobrą sprawę mało który polski słuchacz wsłuchuje się w anglojęzyczne teksty.

Maciej Koprowicz

poniedziałek, 8 lipca 2013

Drekoty - Persentyna (2012)

Opaczność na raucie

Drekoty „Persentyna” (Thin Man Records, 2012)
Ocena: 8/ 10 

 Długo zabierałem się za tę płytę, baardzo długo, bo i za nią nie można chwycić ot tak po prostu i napisać parę słów. To tak jakby próbowało się coś całkowicie nieokreślonego przedstawić w jeden wyraźny sposób. Wtedy to płyta Drekotów byłaby tylko rozmytym obrazem przeróżnych dźwięków. Podczas gdy pędzel trzech drekotowych panien nie tyle co nakreśla nam klucz do odczytania tej płyty, co w podpis na dole obrazu wmalowuje kocie oko znacząco mrugające, żeby odebrać „Persentynę” niejednoznacznie. Tak żeby odbiorca pokazał wyciągnięty język poważniejszym sąsiednim obrazom o pewniejszym, bardziej jednoznacznym wydźwięku.
Mógłbym spróbować wysilić się na mniej lub bardziej abstrakcyjne opisy utworów czy całej płyty, ale zamieniłoby to spacer przez niespokojny wyciem wiatru i zacinającym deszczem las na wędrówkę całkowicie spokojną łąką. Muzyka Drekotów jest wystarczająco pobudzająca wyobraźnię i cokolwiek śmiesznie wygląda przy niej próba wyrażenia jej obrazem. Co zresztą widać powyżej.
Za tą trudną do sklasyfikowania płytą stoi Ola Rzepka, inicjatorka całego projektu grająca prędzej w Pogodnie czy Alte Zachen. To  perkusistka, chociaż także z inklinacjami ku śpiewowi, przed czym wzbraniała się, ale w końcu słusznie uległa. Rzepka swego czasu resetowała się na imprezach techno w katowickim Mega Clubie, co może jakoś tłumaczyć dziwne dźwiękowe połączenia na „Persentynie”… w każdym razie ta Rzepka zaprosiła do współpracy Magdę Turłaj znaną z Kawałka Kulki i nieco później, po dość długich poszukiwaniach (niedziwne, skoro w głowie kołatały jej tak nietypowe dźwięki), Zosz Chabierę. W produkcji Oli Rzepce pomagał Kuba Łuka. Masteringiem zaś zajął się sam Marcin Bors. To tyle, jeśli chodzi o sprawców płyty, w której udało się połączyć punkową duszę dziewczyn z brzmieniem syntezatorów. Sposób na promocję Rzepka też miała niezły, bo dołączyła się w roli supportu m. in. do koncertującej Julii Marcell, dzięki czemu poznałem Drekoty.
Album, który wyszedł swoją drogą w moje urodziny, zaczyna niepokojący „Listopad” . Tutaj perkusja z elektroniką brzmi całkiem harmonijnie. Jednak tekst piosenki, podobnie jak w innych utworach, jest nastawiony na przeżywanie chwili, dając wielkie możliwości różnorakiej jego interpretacji albo, co bardziej prawdopodobne, jej braku. Nie jest to konieczne, bo mają one zdaje się punktowo kierować wyobraźnię na coraz to nowe skojarzenia. Kwintesencją „Persentyny” jest „Parestezja”, czyli czucie opaczne. Już sam tytuł piosenki pomaga w odbiorze płyty. Dźwięki mrowią nas, szybko zmieniają temperaturę, powodują drętwienie. A to wszystko powodowane ma być, jak mówi definicja parestezji, zaburzeniami psychicznymi. Mogą je wzmagać teksty typu „nieprzesadnie słońce świeci, niedopałek na chodniku”, zalatujące majakami. Dalej utwierdza nas w skrajnych obrazach, które przynosi płyta, nieznośne skrzypienie złączone z pianinem i lekką perkusją w „Skrzypię”, która zdaje się formować przez wybijanie rytmu kolejne wyśpiewywane słowa. Takie mam wrażenie przynajmniej. Nieźle, zaburzenia i mnie się już tykają chyba. „Raut”, totalnie antyrautowy w brzmieniu, coraz bardziej przypomina spacer obłąkanego „banity” ze świata normalnych ludzi. Taki bal w akompaniamencie miarowego uderzania klawiszy pianina. Szamotanina dźwięków przynosi jakieś pęki kluczy. Coraz lepiej ze mną, klucze w ciemnym pomieszczeniu zamykają mi przestrzeń. Dobrze, że szybko otwiera ją „Masłem”.
O niejednorodności płyty świadczy właśnie płynne przejście z lekka psychodelicznych klimatów do wspomnianego „Masłem” czy elektronicznego „Tramwaju”, który przynosi na myśl stare gry wideo. Potwierdzone to zostaje zresztą w teledysku, w którym Kazik wtrąca swoje 12 groszy. Dalszym potwierdzeniem planowanej niekonsekwencji jest spokojniejsze, dość melodyjne, zaburzone tylko głosem jakby z tła,  „Za”. To tylko pozór jednak, bo jeszcze w tym kawałku pojawiają się krzyki, które znów jakby przynosiły wykrzywione perkusyjno – syntezatorowe dźwięki. Instrumentalne „Continuum” przywraca spokój, już mniej zakłócany w „Planie B”, no chyba że frazą „lubię mieć scyzoryk w torebce”. Wędrówkę przez „Persentynę” łagodzi przyjemny, domowy wręcz melodycznie „Powrót”, wkładający „głowę w kieszeń”. Kończący „Szary” uspokaja i kładzie spać dzwonkami utrudzonego słuchacza. Zasypia on jednak paradoksalnie szybko i dobrze, choć Drekoty nie byłyby sobą, gdyby nie rozstroiły tego elektroniką na końcu utworu.
Wypracowany przez dziewczyny styl może odpychać, wywoływać wrażenie przypadkowości. Jednak jest ona wprowadzana całkiem świadomie. Pomysł na obmyśloną przypadkowość Ola Rzepka miała zatem genialny. Na początku także mi album wydawał się trochę pozlepiany, jednak po dokładnym wsłuchaniu się można było zobaczyć punkty styczne poszczególnych piosenek. Bo już o ściśle określonym wydźwięku płyty nie można mówić. I o to zdaje się chodziło Drekotom – stworzyć muzyczną szafę na różną pogodę. Przyczepiłbym się tylko do braku jednego lub dwóch od razu wpadających do głowy kawałków, chyba jednak możliwych do stworzenia, nawet w „drekotowej” zaburzonej konwencji.
Tak więc, zdaje się niespójną całość, można było poprowadzić różnymi doświadczeniami jak urojenie, choroba psychiczna czy wyszumienie się jak w „Tramwaju”, przez uspokojenie się, żeby na końcu móc popaść w niezakłócony sen. Te doświadczenia, jeśli chodzi o wywołane skojarzenia, tworzą dość pasujące do siebie części „Persentyny”. Jednak dość to wszystko niełatwe w odbiorze i być może, a nawet bardzo mocno możliwe, że wszystkie wrażenia opisane wyżej mogą autorki płyty bardzo zdziwić. Jednak ja już się żadnym dźwiękiem od Drekotów nie zdziwię…?

                                                                                                                                            Michał Machel
  
P. S. Autor przeprasza za objętość recenzji jak i za oszukanie czytelnika – otóż miał nie posiłkować się mentalnymi obrazami, co mu ostatecznie nie wyszło. Jednak ma usprawiedliwienie, to wina „Persentyny”. 

piątek, 17 maja 2013

Kult - Prosto (2013)

źródło: kult.art.pl

Dziadek, ale nie emeryt

KULT "PROSTO"
(SP Records, 2013)
OCENA: 8/10




 
 Któż by nie chciał mieć takiego dziadka jak Kazik Staszewski? Mimo pięćdziesiątki na karku wciąż nosi fryzurę zbuntowanego punkowca i prezentuje energię właściwą nabuzowanym hormonami nastolatkom. Dowodzi najbardziej kultową grupą rockową w Polsce, która pozostaje największą koncertową potęgą rodzimej sceny i sprzedaje ilości płyt nieosiągalne dla sezonowych gwiazdek pop. Trudno się więc nie zgodzić z tytułowym stwierdzeniem jednego z utworów z najnowszej płyty Kultu – dobrze być dziadkiem, szczególnie jeśli w wieku 50 lat nagrywa się tak udane albumy jak Prosto.

Wielu już wysyłało Staszewskiego na emeryturę – sprzedał się/zdziadział/śpiewa w kółko o tym samym/niepotrzebne skreślić. Prosto powinno zamknąć usta hejterom – Kazik prezentuje bowiem najlepszą tekstową formę od lat. Imponuje szczerość, z jaką artysta otwiera się przed nami – w kilku piosenkach zdecydowanie słuchamy wyznań samego Staszewskiego, a nie wyimaginowanego podmiotu lirycznego. W utworze tytułowym śpiewa zresztą Jestem Kazik co po ulicach łazi/I nie wiem czy jestem w stanie was obrazić, a słowa te skierowane są do polskich polityków. Po raz kolejny Kazik deklaruje swoją apolityczność, ale tym razem znacznie bardziej dosadnie niż przed laty w Czekając na królestwo J.H.W.H. Dawno nie słyszeliśmy tak gniewnego Staszewskiego – Prosto jest wściekłą i brutalną tyradą skierowaną do przedstawicieli obu opcji naszej politycznej sceny: Idę prosto, mam w dupie obie wasze Polski/Idę prosto, nie zbaczam ni w lewo ni w prawo. Establishmentowi dostaje się też w Układzie zamkniętym, jak również w przepełnionym czarnym humorem Zabiłem ministra finansów, gdzie Kazik wyobraża sobie tytułowego urzędnika jako złodzieja-włamywacza. Na szczęście płyta nie jest wypełniona tylko jadem. Staszewski proponuje nam również utwory o wszystko mówiących tytułach Dobrze być dziadkiem i Życie jest piękne. Taka tematyka nie powinna dziwić - Kazik zawsze deklaruje się jako admirator rodzinnego ciepła, a pogodny, afirmujący życie tekst drugiego utworu wygląda na pożegnanie z depresją, z którą przez kilka lat artysta się zmagał. Bardzo osobisty wydaje się tekst Twoje słowo jest prawdą, będące wołaniem Kazika o utraconą wiarę. Oczywiście artysta pozostaje także celnym obserwatorem rzeczywistości. Dlaczego tak tu jest to komiczna wyliczanka naszych narodowych wpadek z ostatnich lat (mowa między innymi o problemach ze Stadionem Narodowym i lotniskiem w Modlinie), a w Nie chcę grać w reprezentacji Kazik próbuje usprawiedliwić piłkarzy odmawiających gry w narodowych barwach, trafnie zauważając: Sport, każdy przyzna, to rozrywka/A nie „Bóg, Honor, Ojczyzna”

Jednym słowem Kazik poradził sobie na szóstkę, a koledzy? Celująco, a jakże! Spoglądając na tracklistę nie można nie zauważyć, że od czasu odejścia Krzysztofa Banasika w Kulcie zapanował kompozytorski demokratyzm – z dziewięciu członków zespołu tylko basista Wereński i perkusista Goehs nie figurują jako kompozytorzy. Szczególnie błysnął niedoceniany trębacz Janusz Zdunek, który przyniósł trzy najlepsze utwory płyty! Promujący płytę Układ zamknięty i Prosto to muzyczne czołgi z kapitalną współpracą sekcji dętej i miażdżących gitar. Jeśli chodzi o ten drugi utwór, to tak ciężko i wściekle Kult nie brzmiał od czasów numetalowych eksperymentów na Ostatecznym krachu systemu korporacji! Z kolei Mój mąż to z lekka funkowy numer, z genialną groteskową interpretacją wokalną Kazika (choć tekst wcale niewesoły – traktuje o przemocy domowej). Jak zwykle nie zawiódł Janusz Grudziński – zaproponował między innymi skoczny, folkowy Dzisiaj jest mojej córki wesele, a także przebojowe piosenki Modlitwa moja i Twoje słowo jest prawdą z chwytliwymi motywami dęciaków. Jako kompozytor pewnie poczuł się także zespołowy świeżak, gitarzysta Wojtek Jabłoński – jego dziełem są wspomniane Życie jest piękne (świetny riff dętych, typowałbym kawałek na trzeci singiel), Zabiłem ministra finansów (z ciekawymi brzmieniami klawiszowymi, kojarzącymi się z progrockiem lat 70.) i Nie chcę grać w reprezentacji (z feelingiem godnym Red Hot Chili Peppers). 

Czasy męczących dla zespołu i słuchacza płyt z pierwszej połowy minionej dekady minęły bezpowrotnie – Kult znów jest zespołem, w którego muzyce wyraźnie czuć radość z komponowania i grania. Trudno uwierzyć, że Prosto to czternasty album Kultu – nie pamiętam, kiedy ostatnio brzmieli tak świeżo. Nie wysyłajcie Kazika i kolegów na emeryturę, jeszcze was zaskoczą! 
 
Maciej Koprowicz