piątek, 29 marca 2013

Miejskie hymny żyją wiecznie - 20 lat britpopu

Miejskie hymny żyją wiecznie - 20 lat britpopu 

Rockowy świat z niecierpliwością czeka na premierę albumu Suede, Pulp zaprezentowali bardzo udany nowy singiel, a największym muzycznym wydarzeniem roku w naszym kraju będzie pierwszy polski koncert Blur. Wbrew pozorom to nie połowa lat 90., to rok 2013. I britpop znów na topie. 

 Początek lat 90. Wielka Brytania powitała w roli muzycznej prowincji. W tym czasie liczyła się bowiem tylko Ameryka. Świat u stóp miały zespoły z Seattle i okolic, wykonujący brudną i agresywną odmianę rocka zwaną grunge. Bestsellerami były albumy Pearl Jam, Soundgarden i Alice In Chains, a przede wszystkim Nirvany, na czele z charyzmatycznym liderem Kurtem Cobainem, który stał się głosem pokolenia nie tylko w USA. Triumfy święciła fuzja ciężkiego grania z rapem w wykonaniu Red Hot Chili Peppers i Rage Against The Machine. W kategorii „waga ciężka” bezkonkurencyjne były Metallica z „Czarnym Albumem” i Guns N’ Roses z podwójnym Use Your Illusion, fanów bardziej przystępnej muzyki czarował R.E.M. na inspirowanych amerykańskim folkiem albumach Out Of Time i Automatic For The People. Wykonawcy ci sprzedawali miliony albumów nie tylko w ojczyźnie, ale i na całym świecie.

Jankesi do domu
A co w tym czasie słychać w starej, dobrej Anglii? Scenie rockowej brakowało wielkiej gwiazdy, która mogłaby osiągać milionowe nakłady płyt i wypełniać stadiony. Takie grupy jak Primal Scream, Ride czy irlandzko-brytyjska My Bloody Valentine nagrywały wybitne, eksperymentalne albumy, ale ich wymagająca twórczość nie mogła liczyć na sukces rynkowy. Brytania z zazdrością patrzyła na swoją młodszą siostrę po drugiej stronie Atlantyku, która płodziła jedną za drugą gwiazdę rocka. Dumny Albion, kraj z tak wielkimi muzycznymi tradycjami tęsknił za czasami wielkich rockowych osobowości. Za brytyjską inwazją lat 60. z Beatlesami, Rolling Stonesami i The Who na czele. Za szalonymi latami 70., kontrowersjami i przepychem glam rocka spod znaku Davida Bowiego i Marca Bolana, ale także mistycyzmem i liryzmem rocka progresywnego Pink Floyd. Za inspirującym anarchizmem luminarzy punk rocka – Sex Pistols i The Clash. Za czasami, gdy Zjednoczone Królestwo znaczyło na muzycznej mapie świata bardzo wiele.
Właśnie na fali tej tęsknoty zaczęły pojawiać się zespoły nawiązujące do tradycji brytyjskiej muzyki pop, świadomie odcinające się od estetyki grunge’owej. W 1992 roku brytyjskie media namaściły na mesjaszy rodzimego rocka londyńską grupę Suede, która zapożyczyła od swoich idoli – Davida Bowiego i The Smiths nie tylko arcybrytyjskie gitarowe brzmienie, ale także seksualną nieokreśloność i enigmatyczność podszytych erotyzmem tekstów. Charyzmatyczny wokalista o charakterystycznym wokalu i wyglądzie androgyna, deklarujący biseksualizm Brett Anderson wydawał się naturalnym kandydatem na nową wielką brytyjską osobowość rocka. Wydany w maju 1992 roku debiutancki singiel The Drowners zwiastował zupełnie nowy styl muzyczny, czerpiący wszystko co najlepsze z brytyjskiej muzycznej tradycji – britpop. W marcu kolejnego roku na rynku pojawił się pierwszy longplay formacji, zatytułowany po prostu Suede. Dzięki takim hitom jak Animal Nitrate (nr 7 na brytyjskiej liście singli) czy Metal Mickey stał się najszybciej sprzedającym się debiutanckim albumem w dziejach Wielkiej Brytanii, płyta spotkała się z pozytywnym przyjęciem także w USA. Anderson mógł więc śmiało pozować na tle brytyjskiej flagi na okładce magazynu „Select”. Ledwie rok wcześniej Morrissey, były lider The Smiths został oskarżony o sympatie faszystowskie, gdy dał się sfotografować z Union Jack w ręku. Czasy się zmieniły, narodowa duma znowu stała się trendy - prasa zaczęła pisać o fenomenie „Cool Britannia”. Podpis pod zdjęciem Brutta głosił butnie „Jankesi do domu”. Grunge’owcy nie byli już potrzebni młodym Anglikom.

Popsceniczni chłopcy z sąsiedztwa
Niektórzy za pierwszy britpopowy singiel uważają nie The Drowners, ale wydany w marcu 1992 roku Popscene grupy Blur z Londynu. Dowodzony przez zdolnego kompozytora, wokalistę Damona Albarna zespół zaczynał jako epigon The Stone Roses, grupy łączącej gitarową muzykę z elementami dyskotekowej sceny z Manchesteru. Na Popscene, a następnie na swojej drugiej płycie, wydanej dwa miesiące po debiucie Suede Modern Life Is Rubbish Blur zarzucił klubowe wpływy i zaprezentował muzykę nawiązującą do klasyków rocka lat 60., szczególnie The Beatles i The Kinks. Charakterystycznym elementem twórczości grupy Albarna były głęboko osadzone w brytyjskiej rzeczywistości teksty piosenek, pełne typowo angielskiego cynicznego humoru. Wielki sukces przyniosła Blur przede wszystkim płyta Parklife z 1994 roku, z dwoma wielkimi hymnami ery britpopu – dyskotekowym Girls And Boys, zjadliwie komentującym seks-turystykę młodych bezrobotnych wyspiarzy, oraz utwór tytułowy o jałowym życiu angielskiej klasy średniej. W 1994 roku udane albumy wydały również Suede (Dog Star Man) i prezentująca inteligentny pop formacja ze Sheffield o nazwie Pulp (His ‘N’ Hers), ale tylko jedna grupa mogła zagrozić hegemonii Albarna i spółki.
Bracia Liam (wokalista) i Noel (kompozytor) Gallagherowie, liderzy zespołu Oasis byli kolejnymi wielkimi postaciami brytyjskiego rocka pochodzącymi z robotniczego Manchesteru. Nie cechowali się dekadenckim liryzmem, jak Ian Curtis z Joy Division, nie byli subtelnymi intelektualistami jak Morrissey. Bliżej im było do frontmana The Stone Roses, wyszczekanego i bezczelnie pewnego siebie Iana Browna. Gallagherowie byli butnymi reprezentantami klasy robotniczej, „swoimi chłopami”, facetami z sąsiedztwa. Stałymi bywalcami pubu z sąsiedniej ulicy, którzy przypadkiem stali się megagwiazdami rocka. No, może nie całkiem przypadkiem – Noel Gallagher pisał autentyczne stadionowe hymny, piosenki na miarę songów Beatlesów. Debiutancka płyta Definitely Maybe, promowana czterema hitowymi singlami (najwyżej – na 7. miejsce - zaszedł Live Forever) osiągnęła pierwszą lokatę na brytyjskiej liście sprzedaży. Oasis dostrzeżono także w USA – 58. miejsce na liście Billboardu to wbrew pozorom ogromny sukces dla Brytyjczyków.

Bitwa o Anglię
Blur i Oasis postrzegani byli na zasadzie przeciwieństw - intelektualiści kontra robole, zamożne południe kontra uboga północ. Rywalizację między zespołami bez żadnej przesady określono „britpopową bitwą”. W sierpniu 1995 nie mówiło się o niczym innym, jak tylko o pojedynku Albarn vs. Gallagher. Kultowy magazyn muzyczny „New Musical Express” pisał o ówczesnych nastrojach panujących w nie tylko muzycznych mediach: W tygodniu, w którym informowano, że Saddam Husajn przygotowuje broń jądrową, cywile są mordowani w Bośni, a Mike Tyson powraca na ring, tabloidy i prasa opiniotwórcza zwariowały na punkcie britpopu. 14 sierpnia na rynek trafiły single zapowiadające nowe albumy obu formacji – Country House z płyty Blur The Great Escape i Roll With It z (What’s The Story) Morning Glory? Oasis. Starcie tytanów wygrał zespół Albarna – Country House osiągnął szczyt brytyjskiej listy singli (piosenka Oasis uplasowała się oczywiście na drugim miejscu). Jednak to album Gallagherów okazał się bardziej wartościową pozycją. (What’s The Story) Morning Glory? dziś jest pewniakiem we wszystkich brytyjskich zestawieniach płyt wszech czasów – w 2010 uznany został przez „NME” za najlepszy brytyjski album ostatniego trzydziestolecia. Płyta Blur zdradzała już oznaki wyczerpania britpopowej formuły – brakowało ekscytującej świeżości Parklife. Britpopowa bitwa była szczytem popularności gatunku, ale i – jak się okazało, jego łabędzim śpiewem.

Britpop umarł
Ostatnim znaczącym momentem britpopowej sceny był jeszcze mocno psychodeliczny, ale i przebojowy w starym, dobrym stylu album Urban Hymns grupy The Verve z września 1997. Rok ten przyniósł co prawda kolejne dzieła dwóch wielkich adwersarzy britpopu, ale paradoksalnie przypieczętowały one śmierć gatunku. Oasis zaprezentowali mało ciekawy, wtórny album. Choć Be Here Now sprzedawał się rewelacyjnie, to – jak donosił dwa lata później „Melody Maker”, była to też w tym czasie pozycja najczęściej... oddawana do sklepów z używanymi płytami. Z kolei Blur mogli szczycić się zarówno sukcesem komercyjnym (pierwsze miejsce na liście sprzedaży płyt w Zjednoczonym Królestwie) jak i artystycznym. Muzyka na albumie zatytułowanym po prostu Blur miała jednak niewiele wspólnego z dotychczasowym obliczem zespołu. Albarn i koledzy sięgnęli po inspiracje, które w 1993 roku napawały młodych wyspiarskich twórców i krytyków muzycznych obrzydzeniem – zafascynowała ich alternatywna rockowa scena Stanów Zjednoczonych. Lider zespołu już w listopadzie 1996 na łamach „NME” deklarował: Britpop dawno umarł. Nie widzę sensu, by go dalej grać. Symboliczny był fakt, iż największym hitem z tej płyty stał się cięty, wykrzyczany przez Albarna Song 2, kojarzący się mocno z agresją grunge’u. Na pewno nie z The Beatles i The Kinks, nie nawiązujący w żaden sposób do brytyjskiej tradycji rockowej. Formacja nagrała jeszcze dwa bardzo udane, ambitne i mało piosenkowe albumy 13 i Think Tank, ale po wydaniu tej ostatniej w 2003 roku popadła w stan zawieszenia. Znamienne, że gwiazdy britpopu – o ile tak jak Blur nie zmieniły swojego muzycznego oblicza - nie poradziły sobie w nowej rzeczywistości muzycznej na Wyspach. Oasis nagrali jeszcze cztery albumy, ale sprawiały one wrażenie odcinania kuponów od dawnej sławy. Z kolei Suede po rozczarowującym komercyjnie albumie A New Morning z 2002 roku rozwiązali się, podobnie postąpiła w tym samym roku grupa Pulp.

Britpop żyje?
A przecież wcale nie było tak, że zniknęło zapotrzebowanie na proste, melodyjne kawałki w brytyjskim stylu. Pierwsza dekada XXI wieku to boom na muzykę indie, listy przebojów opanowały alternatywne grupy pokroju The Libertines, Arctic Monkeys i Franz Ferdinand, zabójczo przebojowe i typowo wyspiarskie w brzmieniu. Dla nich scena britpopu była jedną z głównych źródeł inspiracji. Nie mogło być więc przypadkiem, że reaktywacja Blur na kilka koncertów latem 2009 roku (m.in. na legendarnym festiwalu Glastonbury) wzbudziła euforię na Wyspach. Zachęceni pozytywnym przyjęciem muzycy nagrali dwa single (Fool’s Day w 2010 i The Puritan/Under The Westway w 2012 roku) i wciąż nie wykluczają nagrania albumu studyjnego. Mimo iż nie istnieje Oasis, który rozpadł się w 2009 roku po serii awantur między liderami, bracia Gallagher wciąż są muzycznie aktywni – Liam prowadzi swój nowy zespół Beady Eye, z którym wydał w 2011 roku album, a Noel dowodzi projektem Noel Gallagher's High Flying Birds, którego debiutancka płyta z tego samego roku spotkała się z gorącym przyjęciem. Na scenę powrócili również Pulp i Suede – grupa z Sheffield w grudniu zaprezentowała w Internecie nowy utwór After You, z kolei zespół Bretta Andersona 18 marca wyda po jedenastu latach przerwy album Bloodsports.
3 lipca gwiazdą pierwszego dnia Open’er Festival w Gdyni będzie Blur. Gwiazda britpopu, choć od dziesięciu lat nie uraczyła nas nowym albumem studyjnym, nadal należy do najgorętszych nazw na muzycznej scenie. Sama za siebie mówi rozpiska tegorocznych koncertów grupy, obejmująca tak prestiżowe festiwale, jak Coachella w Kalifornii, Primavera w Barcelonie, czy Rockwerchter w Belgii. Z pewnością setlistę tych koncertów zdominują utwory ze złotych lat britpopu – bo z dyskografii Blur to chyba one najlepiej przetrwały próbę czasu. Britpop ciągle przyciąga tłumy. Nie tylko z powodów nostalgicznych, ale także dlatego, że wciąż jest gatunkiem inspirującym - już kolejne pokolenie twórców i fanów. 

Maciej Koprowicz

środa, 20 marca 2013

Kierunek South East South West - droga Izy Lach do Ameryki

Kierunek South East South West
Fot. zizibrr.blogspot.com

Wyjątkowo przedstawiamy, jeśli jeszcze nie znacie jej dobrze, utalentowaną, ale jeszcze niedocenianą piosenkarkę. Niedawno udała się ona do Stanów aby wypromować swoją muzykę. Szanse na to ma, biorąc pod uwagę wydarzenia ostatniego roku, niemałe.

Nieskromne marzenia skromnej łodzianki zaczęły się spełniać wiosną poprzedniego roku. Wtedy to Iza Lach, bo o niej mowa, natrafiła na konkurs organizowany przez sławnego Snoop Dogga, polegający na dograniu się do zamieszczonego na Soundcloudzie podkładu. Jak sama mówi, przesłała wynik swojej pracy bez większych nadziei na sukces. Tym większe było jej zaskoczenie, ba, megazaskoczenie, gdy po dosłownie 10 minutach Snoop pod kawałkiem zamieścił komentarz informujący, że bardzo spodobała mu się wersja utworu w wykonaniu Izy. W kwietniu Iza już wiedziała, że pokonała konkurentów, przed oficjalnym ogłoszeniem wyników. Nie spieszyła się jednak z wykrzyczeniem tej nowiny światu. Kiedy już to ogłosiła, media podchwyciły temat nagłaśniając skromną osobę kończącej w tym roku dopiero 24 lata łodzianki. Regularna wymiana maili między Polką i przechodzącym duchową przemianę Snoop Doggiem / Lionem zaowocowała kawałkiem „Life of the Party”. Pojawił się on rychło na mixtapie stylizowanym na audycję radiową „Ladies First”, w którym pojawiły się nowe, nieznane wokalistki wyłowione przez rapera.

Internetowa współpraca rozwijała się dalej, czego owocem był już samodzielny mixtape Izy „Off the Wire”. Zawiera on 11 kompozycji zaśpiewanych w języku angielskim. Prędzej Iza została artystką miesiąca wg portalu MTV Iggy, bo tworzyła piosenki w języku angielskim już wcześniej. W „Lost in Translation” Polka udziela się także trochę w ojczystym języku. Wydaje się, że Iza odpowiadała na nim nie tylko za warstwę liryczną, ale i może za produkcję. To tylko jednak domysły. Pojawiło się dużo głosów, że Iza wręcz zjadła starego wyjadacza, który zarapował tam parę zwrotek. Bardzo dobrze przyjęty album przez media i blogosferę był typowo wakacyjnym wydawnictwem, przy którym słuchacz miał się wychillować. Mimo to potraktowano ten album dość poważnie nominując go do łódzkiej płyty roku czy płyty roku na Uwolnij Muzykę.pl. Było to o tyle dziwne, że poprzednie dwie płyty piosenkarki wydane w EMI przeszły bez większego echa. Zupełnie niesłusznie, gdyż prezentowany tam synthpop okraszony wyjątkowym głosem Izy był jakby czymś osobnym na polskiej scenie muzycznej. Co ważne, album o trochę przekornym tytule „Krzyk” był wyprodukowany w całości właśnie przez zdolną łodziankę przy pomocy jej partnera Adama Lewartowskiego (tak, tego z L. Stadt). Ta wszechstronność została doceniona przez Snoop Dogga. Pierwsza wytwórnia nie wykorzystała tego faktu. Iza krótko przed konkursem rozwiązała kontrakt z EMI. Teraz jest związana pięciopłytowym kontraktem z wytwórnią Snoopa: Berhane Sound System. 

O tym, że jest to szansa na zaistnienie na zagranicznym rynku muzycznym może przekonywać parę faktów, które mogliśmy zaobserwować już po upublicznieniu efektów współpracy, trzeba przyznać bardzo rzadkiej, polsko-amerykańskiej na niwie muzycznej. Izę zaproszono na bogaty line -upowo Open’er Festival 2012, na co wcześniej miałaby nikłe szanse. Niedługo później Iza została zaproszona na krakowski Coke Live Music Festival, na którym nomen omen wystąpił Snoop Dogg. Piosenkarka niestety nie wystąpiła na nim z powodu choroby członka zespołu, z którym grywa koncerty. A trzeba przyznać, że Iza musiała długo się przełamywać do koncertowania, ze względu na wrodzoną nieśmiałość. Pojawiła się jednak ona w Krakowie spotykając się po raz pierwszy z raperem. Mało tego, sprawiła mieszkańcom Łodzi dużą niespodziankę sprowadzając go do ich miasta. Tam nakręcili film dokumentalny (pokazywany niedawno w Stanach), a jeden łódzki klub, w którym pojawił się z tej okazji Snoop przeżywał istne oblężenie fanów hip – hopu i nie tylko. Oczywiście razem spotkali się wtedy również w studiu. Snoop już wcześniej, podczas swojego krakowskiego występu, zachwalał Izę polskiej publiczności. Na jesieni kolejnym sukcesem Izy była nominacja do nagrody MTV, którą ostatecznie zgarnęła Brodka. Przed świętami ukazała się świąteczna, niepachnąca kiczem, świąteczna płyta Izy. Wypad do Teksasu poprzedziła publikacja teledysku do smacznej dźwiękowo piosenki „The One Who Leaves”, wydanego już spod skrzydeł Snoop Dogga.

Film będący częścią projektu „Reincarnated” został pokazany 13 marca podczas showcase’u firmowanego przez Soundcloud na Festiwalu SXSW w Austin. Nie wiedzieć czemu ta wielka branżowa impreza w Stanach nie jest tak bardzo znana w Polsce, a pojawiły się tam, choćby w tym roku The Killers, The White Stripes czy Morrissey. SXSW wzmiankowane jest jedynie przy okazji zaproszeń polskich artystów. Iza jednakże nie wystąpiła na otwartym koncercie jak zaproszeni w tym roku Kamp! czy Brodka. Koncert był adresowany do wybranych przedstawicieli branży muzycznej. Iza po pokazie „Birds Of A Feather” spotkała się oczywiście ze swoim mentorem. Dzięki temu mogła wziąć udział w specjalnym koncercie Justina Timberlake’a tylko dla wybranych. Polka wykorzystała ten czas towarzysko spotykając się np. z członkiem The Neptunes, ale także twórczo, pracując w studiu z uznanym hiphopowym producentem Soopafly. Miejmy nadzieję, że wyjazd ten zaprocentuje Izie jak najlepszą promocją przyszłego albumu, przynosząc  należną pannie Lach popularność. Oby płyta ukazała się jak najszybciej i oby bez problemów pojawiła się w Polsce. 
                                                                                                                                          Michał Machel


piątek, 15 marca 2013

Pure Love - Anthems (2013)


Ucieczka spod szubienicy

PURE LOVE "ANTHEMS"
(Vertigo/Mercury, 2012)
OCENA: 6/10






Truizmem będzie stwierdzenie, że muzycy na starość łagodnieją. W takim razie Frank Carter, wokalista grupy Pure Love starzeje się w tempie wprost dramatycznym. Siedem lat temu (jak to było dawno!) dał się poznać jako frontman najbardziej wściekłej grupy punkrockowej Wielkiej Brytanii. Debiut grupy Gallows, Orchestra Of Wolves  był muzycznym blitzkriegiem w którym nie bierze się jeńców, dzięki któremu ten i ów dziennikarz zaczął marzyć sobie o rewolucji w biznesie muzycznym na nirvanowską miarę. Wiecznie sfrustrowanych brytyjskich panczurów nie zawiodła również druga płyta, Grey Britain. Ale koncertowe i albumowe seanse nienawiści znudziły Franka, który postanowił opuścić zespół o wdzięcznej nazwie Szubienica i założyć zespół, który - licząc z pewnością na wzbudzenie kontrowersji -nazwał Czystą Miłością.
No dobra, Carter nie zamienił się w Coldplay ani Keane. Pure Love potrafią niekiedy fajnie przyłoić gitarami, ale nie zostało wiele z dźwiękowego blitzkriegu dawnej formacji lidera. Kiedy grupa brzmi nieco ostrzej, można zakwalifikować jej utwory do punka – ale koniecznie z przedrostkiem „pop”. Weźmy Bury My Bones z fajnym, energetycznym riffem, ale i z zaśpiewam jeeee, który z pewnością wzbudzi gęsią skórkę obrzydzenia u fanów Gallows. Utwór z powodzeniem mógłby znaleźć się na którejś z płyt niedawno wydanej trylogii Green Day. Generalnie Pure Love stara się odnaleźć raczej na scenie indie niż punkowej, czego dowodem dwa jawne hołdy dla legend gitarowego popu – Heavy Kind Of Chain, jednoznacznie kojarzący się z R.E.M. ery Out Of Time (te gitary!), czy żwawy Handsome Devils Club – tytuł nie pozostawia wątpliwości, że ktoś tu ostatnio słuchał The Smiths. Moim zdaniem Pure Love najbliżej jednak do Manic Street Preachers – z hitami walijskiej grupy kojarzą się She (Makes the Devil Run Through Me) i Scared to Death. Zresztą Carter przypomina wokalnie na tej płycie Jamesa Deana Bradfielda. No właśnie – „rzygający”, brudny do granic przyzwoitości wokal z czasów Gallows to odległa przeszłość. Nie da się z nim podbić list przebojów, a najwyraźniej taki cel przyświeca Pure Love.
Cel ten zrealizować można jednak, jeśli ma się na płycie prawdziwe „killery”. Ale na Anthems brakuje jednak materiału na wielkie hity. Najbardziej naturalnie przebojowy wydaje się być clashowaty Riot Song z megachwytliwym okrzykiem ło-o-o. Pozostałe kawałki są przyjemne, ale nie pozostają w pamięci na dłużej. Na pewno hymnami indie nie zostaną. Ale zapoznać się bez bólu można. Oczywiście, jeśli nie jest się fanem Gallows – ci powinni omijać album szerokim łukiem.


Maciej Koprowicz

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Soniamiki - SNMK (2012)


W szkwale domysłów
  
SONIAMIKI – "SNMK" (Qulturap, 2012)
Ocena: 8,5/ 10 

Można się zastanawiać dlaczego polskie artystki muszą wydawać płyty w Niemczech zanim zostaną dostrzeżone w Polsce. Tylko w sumie po co? Najważniejsze, że kolejna po Julii Marcell Polka po debiutanckim albumie wydanym wpierw zagranicą może przekonywać fizycznym nośnikiem również w Polsce. Drugiej takiej wokalistki w polskim popie, ośmielę się zaryzykować, nie ma. Nikt w tak pokręcony sposób nie łączy powykręcanych elektronicznych rytmów i basu z prostymi opowiastkami o dziewczynach, no i chłopakach też. Robi to jednak tak, że w tych bezpretensjonalnych tekstach odczuwa się wrażenie, że chodzi o coś więcej.
„SNMK” jest bardziej ascetyczna od debiutu. Prostymi środkami rysuje Zosia Mikucka obrazek codzienności przesiąknięty tęsknotą za wyciśniętymi jak z cytryny chwilami. I to może sprawiło, że mieszkająca obecnie w Łodzi Soniamiki bardziej przykuwa uwagę skoncentrowaną muzyką. W ten sposób tworząc coś osobnego na polskiej scenie. Rozpoczynająca album „Lemoniada” zaczyna się dostrzegalnym bardziej na słuchawkach  wymownym deszczem, który też utwór kończy zaraz po odjeździe „jego”. „Ona chce go nie znać”, w sumie nic dziwnego po lemoniadzie wypitej półnago na dywanie. Teksty piosenek są dziwnie zapętlone dzięki licznym powtórzeniom. O dziwo tak zrytmizowane, że nie kłują w uszy. Trudno uciec od przedziwnych wersów typu  „Nie jem dla ciebie nawet wcale / I chudnę bo chcę być taka jak / wspaniałe panie co się z tobą”… i tak właśnie fraza kończy się wpół. Najjaśniejszym chyba punktem albumu jest „Jesień na Hawajach” autorstwa Łukaszów: Lacha z L.Stadt (swoją drogą „Londyn” był dedykowany właśnie Zosi) i Mikuckiego. Melancholijna jakby wyrwana z historii polskiej piosenki. W miarę coraz większej ilości przesłuchań udzielał mi się żal zostawionej na Hawajach bohaterki w rytmach klawiszów. Rodzą one przesadzone, absurdalne myśli, że to ich sprawka, że palmy straciły liście. No i w jakiej piosence usłyszeliście na raz wyrazy szkwał czy sczezł? Może obrazowość utworów jest zasługą tego, że Soniamiki łączy muzykę z grafiką, obrazem w swoich innych projektach. Większość tekstów jest zresztą autorstwa Sonimiki. Ale koniec o warstwie lirycznej, lepiej samemu odkrywać te gry słowem.
Ujmujące w tej płycie jest to, że nie wiadomo kiedy tak proste rytmy w końcu tłoczą się nam gdzieś z tyłu głowy. Nawet tak zakłócone jak w „Wiem Nie”. Sprawiają wrażenie jakby polepionych w jak najprostszy sposób bez jakiegokolwiek klucza. Jednak powtórzone ileś razy dają wytrych do wczucia się w rytm tego utworu. Powtarzająca się jest też naiwna tęsknota (która może kogoś zirytować, ale nie mnie) za tymi najprostszymi marzeniami o robieniu wspólnie tylu różnych rzeczy, jak choćby pójście razem na dach, koniecznie pod różowym niebem. Jest to jednak tęsknota bardziej w dziecięcym stylu. Po krótkiej zadumie zaraz słyszymy beztroskę w perkusji i słowach. Jednak wyrazu „powtórzenie” nie można użyć jako argument, że gdzieś Sonięmiki się słyszało w nie-Sonimiki. Ja przynajmniej dalej nie wiem, co zauroczyło mnie w tym albumie poza przewrotnością. Bo między słowami i rytmem jest na pewno coś jeszcze. 
                                                                                                                                          Michał Machel

środa, 21 listopada 2012

T.Love - Old Is Gold (2012)


Chłopaki czasem płaczą

T.LOVE "OLD IS GOLD"
(EMI Music Poland, 2012)
OCENA: 8/10




 

Kazali na swoje nowe dzieło czekać aż sześć lat, wynagrodzili to jednak podwójną dawką muzyki na dwupłytowym Old Is Gold. Krytycy są zachwyceni, ale czy to samo można powiedzieć o fanach T.Love? Ci, których w muzyce zespołu Muńka Staszczyka kręcą kawałki energetyczne – jak Potrzebuję wczoraj czy Autobusy i tramwaje – będą srodze zawiedzeni. Sympatyków karaibskiego bujania spod znaku Stokrotki i Boga nowa płyta raczej nie ruszy z miejsca. Fani, których ulubione piosenki to Warszawa, Chłopaki nie płaczą i Nie, nie, nie nie mają nawet po co słuchać tego albumu. Tych, których bawiły teksty w rodzaju T.Love, T.Love albo Polish Boyfriend mogą być skonsternowani warstwą liryczną Old Is Gold. Czyżby więc T.Love nagrało nową płytę dla nikogo?
Jeśli kochacie bluesa – możecie śmiało sprawdzić nową propozycję Muńka i paczki. Gęsta, barowa atmosfera unosi się nad Black and Blue, a inspirację The Doors wyraźnie czuć w Synu marnotrawnym. Kręci was oszczędny w środkach folk? Proszę bardzo, inspirowana Bobem Dylanem Lucy Phere, kojarząca się z balladami T. Rex Jeśli Boga nie ma tu, czy też utrzymane w celtyckim duchu 2005 i New York. Może jakimś cudem należycie do mniejszości wielbiącej country i rockabilly? Szalony Country Rebel, motoryczna Moja kobieta (kompozycja Lesława z Komet) i wyciszona Frontline. Oldschoolowy rock’n’roll? Jak najbardziej, do tańca porywają Menora Bentz z genialnymi organami w refrenie, a także wczesnobeatlesowski utwór tytułowy. Macie ochotę na trochę brzmień z wytwórni Motown? Muniek serwuje singlowy Poeci umierają, bardzo przypominający motownowy standard (Love Is Like A) Heat Wave, czy Tamla Lavenda, gdzie zabawny falset kontrastuje z niewesołym tekstem.
No właśnie – ponure nastroje niemal zupełnie zdominowały warstwę tekstową, co nie powinno dziwić mających w pamięci gorzki album I Hate Rock’n’Roll. Są tu opowieści o smutnych kolesiach po przejściach (Mętna woda, Stanley, Henry Kadzidło), którym ciężko jest pogodzić z upływem czasu (Ostatni taki sklep, 2005) zatracających siebie w toksycznych związkach (Menora Bentz, Moja kobieta), zagubionych w nowoczesnym, zdehumanizowanym świecie (Orwell Or Not Well – znów kontrast między gorzkim tekstem, a radosną afrobeatową muzyką, przywodzącą na myśl poczynania Paula Simona czy też naszego Voo Voo), wreszcie wątpiących w sens istnienia (Jeśli Boga nie ma tu). Wzmocnieniu przekazu służą grube słowa, które dotychczas Staszczyk stosował bardzo oszczędnie – najdobitniej widać to w (Skomplikowanym) Nowym świecie, w którym artysta dystansuje się od internetowego życia młodych Polaków (pierdolę fejsa, pierdolę mocno go – krzyczy w refrenie). Na mnie największe wrażenie zrobił jednak tekst Lucy Phere, zainspirowany legendą o bluesmanie Robercie Johnsonie (który rzekomo sprzedał duszę diabłu), w gorzki sposób ukazujący blaski i cienie rock’n’rollowego życia. Muniek zostawia nam jednak iskierki nadziei: najgorszy ćpun, najgorsze dno/może się podnieść, rozumiesz to – słyszymy w jedynym w miarę optymistycznym tutaj Synu marnotrawnym.
Smutna płyta siedmiu dorosłych facetów po przejściach. Niełatwa w odbiorze, dołująca, ale bez wątpienia szczera i autentyczna. Wydaje mi się, że w tej chwili rynek muzyczny potrzebuje takich płyt – chyba nie przypadkiem największymi grupami świata są w tej chwili The Black Keys i Mumford And Sons.
 
Maciej Koprowicz